Kochi – powiew dawnych kolonii

Kochi – powiew dawnych kolonii
Wcześnie rano można zobaczyć co się w sieć złapało, a potem nawet to skonsumować

Po lekkim i smacznym indyjskim śniadaniu idly (rodzaj płaskich, ciężkich klusek na parze z fermentowanej mąki z soczewicy i ryżu, serwowanych z pikantnym sosem kokosowym i ostrym sosem warzywnym) wyruszyliśmy na spacer po kosmopolitycznym Kochi. Miasto to znane jest z handlu korzeniami i owocami morza (mieści się tu międzynarodowa giełda pieprzu). Widać tu wpływy holenderskie, portugalskie i brytyjskie. Sam Fort jest bardzo czarujący i ma swój dawny klimat. Uliczki są wąskie, wypełnione małymi restauracjami, hotelikami, sklepikami. Z portu wypływają statki na pobliskie rajskie wyspy Lakszadiwy (rejs trwa 5 dni, w tym sama podróż na wyspy prawie 2 dni). Cena jest dość wysoka, dlatego też z bólem serca zmuszeni byliśmy zrezygnować z rejsu. Spacerowaliśmy promenadą przy słynnych chińskich sieciach rybackich. Rano można od rybaków wybrać sobie rybkę z połowu, którą oni potem na miejscu przyrządzają. Deptak nadmorski różnił się od innych nam znanych. Był dosyć oblegany albo wręcz zaanektowany przez całe rodziny. I to rodziny kóz, co najciekawsze! Były i duże i małe, wszystkie leniwie wylegujące się na Słońcu. Rzadkim widokiem w Indiach są kosze na śmieci, a na deptaku, proszę! Kosze na śmieci ukształtowane w formę kreskówkowych zwierząt z napisem „Use Me”! Miejmy nadzieję, że zwyczaj wyrzucania śmieci do kosza zostanie w końcu przyjęty przez Indusów, którzy odpadki wyrzucają tam, gdzie stoją. W miastach odnosi się wrażenie, że całe toną w śmieciach. Życie płynie tu innym rytmem. Rytmem indyjskim. Nigdzie nie wolno się spieszyć, nic nie ucieknie, co masz zrobić dziś, zrób jutro, azjatycka wersja hiszpańskiej manany. Powoli przystosowaliśmy się do tego stylu życia.

„Hello my frend! Want rikshaw? Very cheap! Where you want to go? Hello!”

Dziesiąty raz z kolei odpowiedzieliśmy grzecznie “No, no, thank you.” Do tego trzeba się przyzwyczaić. Rikszarze są wszędzie i wszędzie czyhają na okazję, by zarobić parę groszy na utrzymanie swojej rodziny. Nie mają łatwego życia i często taka riksza to jedyny majątek, jaki mają, a zazwyczaj stanowi też dom rikszarza…

Czasem można spotkać też żebraków, szczególnie w miejscach często odwiedzanych przez turystów. Warto pamiętać, że w Kerali żebranie jest zakazane i dający jałmużnę może zapłacić karę. Poza tym ofiarowanie paru groszy wcale nie polepsza życia żebraków, wręcz uczy ich, w jaki sposób łatwo zdobyć pieniądze, które i tak się szybko skończą. Mało tego, napędza tzw. biznes żebraczy, w którym specjalnie okalecza są dzieci (można to zobaczyć w filmie „Slumdog”). Ofiary tych nieludzkich praktyk widzieliśmy w stanie Tamil Nadu. To chyba jeden z gorszych widoków Indii i szok kulturowy. Biały człowiek przyciąga żebraków jak magnes.

Przeszliśmy obok Kościoła Św. Franciszka, w którym spoczywał Vasco da Gama, zanim jego ciało zostało przewiezione do Portugalii. Indusi mimo, że zaśmiecają swój kraj, dbają o czystość w domu i własnego ciała. Wchodząc do kościoła, trzeba zdjąć buty, tak jak i do świątyni, czyjegoś domu, hotelu, a nawet co niektórych sklepów.

Warto wybrać się także do najstarszej w Indiach synagogi żydowskiej w Jew Town, a także górującej nad Fortem Katedry Santa Cruz.

Mieliśmy jeszcze jedno bardzo ważne zadanie do wykonania dzisiejszego dnia – dopięcie planu podróży po Kerali. Po przeanalizowaniu pożądanej trasy, zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu z kierowcą oraz rezerwację hoteli przez jedno z lokalnych biur podróży. Nawet nie przypuszczaliśmy, że już wkrótce przeniesiemy się w magiczne miejsce rodem z filmowego Avatara.

Z notesu podróżnika…

Ceny:

Wynajęcie samochodu z kierowcą – cena uzależniona od marki auta oraz długości trasy
Przejazd rikszą – od 10 Rs.
Rejs na Lakszadiwy (z zakwaterowaniem i wyżywieniem) – ok. 350 USD
Przelot na Lakszadiwy małym samolotem (o ile są dostępne miejsca) – ok. 350 USD

Wskazówki:

Z racji tego, że do zwiedzanych obiektów (kościoły, świątynie, pałace itd.) wchodzi się boso, nie oznacza to, że jest tam nieskazitelnie czysta podłoga. Często chodzi się po piasku, betonie, ziemi. Warto mieć przy sobie zapas chusteczek (sprawdzają się nawilżane).
Decydując się na rejs na Lakszadiwy, warto mieć parę dni zapasu, gdyż statki nie wypływają codziennie. Chcąc lecieć samolotem również trzeba to wziąć pod uwagę (lata tam Kingfisher i Air India). Bilety należy kupić z dużym wyprzedzeniem ze względu na ograniczoną ilość miejsc. Hotele na wyspach należą do jednej sieci – CGH Earth. Ceny za pokój są raczej wysokie.
Uwaga, w niedziele i święta, większość firm, obiektów do zwiedzania jest zamkniętych.
Wypożyczając samochód trzeba się zapytać czy cena obejmuje również paliwo, bilety parkingowe i opłaty drogowe.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *