3 najpiękniejsze wyspy w Tajlandii

3 najpiękniejsze wyspy w Tajlandii

Egzotyka, białe plaże, lazurowe morze, rafy koralowe, zielona dżungla z pytonami, kobrami i waranami. To wszystko można znaleźć na dalekim południu Tajlandii, gdzie mieszkają buddyści i muzułmańscy Malajowie, a do Malezji jest rzut beretem. Kiedyś był to niebezpieczny region ze względu na ruchy separatystyczne, jednakże dziś spokojnie można się tam wybrać i zakosztować rajskiego wypoczynku. Postanowiliśmy spędzić na wyspach iście błogi tydzień. Plażowanie, lenistwo, kąpiel w morzu, smakowanie wspaniałych potraw, typowe „ładowanie akumulatorów” i wypełnianie umysłu wspomnieniami, które w długie, szare, zimowe dni będą dodawały otuchy i motywowały do działania – oto co zamierzaliśmy robić.

Koh Lipe – raj morskich Cyganów

Już o niej pisałam przy okazji wpisu na temat wspaniałego hotelu Cast Away. To jedna z mniejszych wysepek położonych tuż przy Parku Narodowym Koh Tarutao. Dostaliśmy się na nią bez trudu, bo bezpośrednim lotem z Bangkoku do Hat Yai (słynącego z handlu gumą i cyną, a także walk byków i zupy z płetwy rekina) zakupionym wraz z transferem promowym na wyspę. To jeden z popularniejszych kierunków w tajskiej prowincji Satun. Wyspa jest na tyle mała, że można ją obejść na nogach i każdy znajdzie tam plażę odpowiednią dla siebie: rozrywkową Pattayę (nazwa jest nie przypadkowa), rodzinną i szeroką Sunrise, kameralną Sunset (nazwy faktycznie odpowiadają położeniu względem kierunków świata). Z promu wysiedliśmy najpierw na plaży Sunrise, gdzie spędziliśmy wspaniałe trzy dni snorkelingując i oglądając rafę koralową na pobliskich wyspach należących do parku narodowego (widzieliśmy nawet warany na jednej z plaż!), wieczorem popijając drinki i jedząc wyśmienite naleśnik (spośród trzech odwiedzonych przez nas wysp dostępne były tylko tam!)…  Następnie udaliśmy się na plażę Sunset, by w warunkach bardziej spartańskich (w bardzo prostej bambusowej chatce) podziwiać zachody Słońca i kąpać się w morzu. Bajka! Nie omieszkaliśmy również skorzystać z bardzo dobrej oferty pobliskiego baru Boom-Boom oferującego pyszne drinki, gdzie wieczorami przypływali także turyści z zacumowanych przy wyspie jachtów. W bambusowym domku twardy materac mocno dał mi się we znaki (moje biedne, pokrzywione plecy nie mogły już wytrzymać spania na twardym kokosie), ale od czego jest kreatywność? W pierwszym lepszym sklepiku kupiłam najzwyklejszy dmuchany materac do pływania, na którym spałam przez cały pobyt na wszystkich odwiedzanych wyspach. Wierzcie mi, była ogromna różnica!

Śladem pirackich skarbów na Koh Mook

Opuściliśmy prowincję Satun motorówką (cóż to była za jazda!), by udać się na wyspy w prowincji Trang. Rejs był długi, szybki i „skoczny”. Motorówka skakała po grzbietach fal niczym wściekły byk zmuszając nas do kurczowego trzymania się uchwytów. Po dotarciu na Koh Mook czekał nas dosłownie wyścig po ostatnie miejsca noclegowe w tanich guesthousach, szczególnie tych polecanych przez Lonely Planet. Po podpłynięciu do brzegu, pasażerowie prawie że biegli po wolne miejsca noclegowe. Kto pierwszy ten lepszy. Tu również kto pierwszy, ten mniej płaci. Był to szczyt sezonu, więc najpopularniejsze i najtańsze hostele były obłożone. Udało nam się jednak znaleźć wolny domek w mimo wszystko polecanym przez Lonely Planet Charlie Beach Resort. W miarę blisko plaży, tanio i jakby tego było mało, nawet się nie spodziewaliśmy, że tuż obok naszej chatki będzie koncert jednego z popularniejszych tajskich zespołów reggae – Job2Do!

Wyspa Koh Mook jest dosyć duża (nie da się jej obejść pieszo), rośnie na niej sporo drzew kauczukowych i palm. Popularnym środkiem transportu jest pojazd zrobiony z motoru. Oglądanie raf koralowych to stały punkt naszego programu na wyspach, więc wynajęliśmy łódkę razem z młodymi Szwedkami, by obniżyć koszty. Zawitaliśmy na pobliską wysepkę Koh Kradan z bajecznymi plażami, które skradły nasze serca tak bardzo, że podczas snorkeliingu podpłynęłam do brzegu i bez wahania zapytałam od razu o wolne noclegi w bungalowach. Ciekawym miejscem na wyspie, a zarazem kolejnym punktem naszego rejsu, była jaskinia Morakot. Niegdyś była ona kryjówką piratów, którzy trzymali w niej swoje skarby. Samo jej zwiedzanie to niezła przygoda, ponieważ dotrzeć tam można tylko płynąc wpław lub na kajaku krętą drogą w zupełnych ciemnościach.

W samym jej środku ledwo widoczne światło ginie całkowicie i bez latarki można wpaść w panikę. Nasz motorniczy z łódki wyposażony w latarkę na głowie, wskazywał nam w którą stronę płynąć . Sama przygoda wzbudzałaby jeszcze więcej emocji gdyby nie tłumy wycieczek Tajów przekrzykujących się nawzajem i płynących wężykiem jeden za drugim w kamizelkach ratunkowych…Ich emocje sięgały zenitu (ciekawe jest to, że Tajowie – mieszkańcy kraju z dużą ilością wysp, nie potrafią pływać!). Po przebyciu ciemnego korytarza jaskini wyłoniła się przed nami plaża w sercu wysokiego wąwozu. Oto znaleźliśmy się w lagunie. Skarbów raczej już tam nie ma, ale czar miejsca przyciąga dużo ludzi… Gdyby tak spędzić tam noc…?

Kolejny dzień minął na leniuchowaniu, pogawędce z Francuzką z Paryża i ptakiem – gwarkiem w restauracji usytuowanej w głębi wyspy. Z kolei wieczór upłynął nam w rytmach reggae na „prywatnym” koncercie kapeli Job2Do tuż obok naszej chatki…Koh Mook stała się tajską Jamajką na jedną noc… Love and peace was everywhere…

Rajska plaża i warany na Koh Kradan

Nazajutrz przypłynęliśmy na ostatnią wyspę, która wzbudziła w nas najwięcej emocji. Piękna, dziewicza, z doborowym towarzystwem, prawdziwą przygodą… Po wyjściu z łodzi z zapasami kleistego ryżu na słodko z mango od razu skierowaliśmy się na plażę, na którą przypłynęliśmy wpław podczas snorkelingu. Szliśmy szybko, ponieważ na plażę prowadziły tylko dwie drogi: przez wąski przesmyk na plaży, który wieczorem zalewany jest wodą z przypływu oraz przez sam środek dżungli (droga dłuższa). Na szczęście nasza chatka czekała na nas (rezerwacja była aktualna, choć bez zaliczki), a właściciel ucieszył się na nasz widok. Kameralność tego miejsca sprawiła, że dość szybko zawarliśmy nowe znajomości. Wieczór spędziliśmy z właścicielem i globtroterką z Guadelupy popijając whisky. Rano nie mogąc się doczekać kąpieli w morzu, spotkało nas rozczarowanie. Woda po sam brzeg wypełniona była parzącymi meduzami. Przypomniał mi się nasz pierwszy dzień pobytu w Egipcie parę lat wcześniej, gdzie całe morze pierwszego dnia pobytu również było wypełnione po brzegi meduzami, ale gatunkiem bez parzydełek. No cóż…Tego dnia snorkelling odpadł. Meduzy zazwyczaj w ciagu jednej nocy zostają zjedzone przez ryby. Jeden z poznanych znajomych z Turcji zaprosił nas na kolację do serca dżungli, gdzie wynajmował chatkę. Włożyłam na siebie ubranie, które zakrywało najwięcej części mojego ciała, opryskałam się repelentem na komary i ruszyliśmy za naszym znajomym. Ścieżka pięła się lekko w górę, była wąska i przetkana gdzieniegdzie kamieniami i korzeniami. Przedzieraliśmy się przez gęstwinę, a liście ocierały się o nasze ramiona i kolana. Mając na uwadze ostrzeżenia Pamruka (właściciela naszego domku) o kobrach i innych stworzeniach dżungli, cały czas patrzyłam pod nogi, by przypadkiem czegoś nie nadepnąć. Na szczęście dotarliśmy do celu bez przygód. Kolacja była bardzo smaczna, a rozmowa bardzo interesująca. Kolega chwalił się swoim filmikiem, który nagrał dzień wcześniej, jak to w tej samej restauracji, w której siedzieliśmy, usłyszał rechot żaby, a zaraz potem tuż obok niej pojawiła się kobra, która na żabę polowała. Zachowując zimną krew, nagrał tę walkę na śmierć i życie, gdzie tym razem żabie udało się uciec. Nim się spostrzegliśmy było już przed 24.00. Noc w pełni i przyszedł czas by wracać do swojej chatki. Poziom adrenaliny zaczął mi szybko wzrastać. Pożyczyliśmy z Adrianem latarkę. Ja naciągnęłam bluzę na głowę. Latarkę trzymałam blisko twarzy i jeszcze przed wkroczeniem w gęstwinę ćma wielkości nietoperza wleciała prosto w twarz mi . Spanikowałam od razu i zaczęłam krzyczeć wniebogłosy. Poziom adrenaliny ciągle rósł. Ćma gigant gdzieś sobie poleciała, ale czas naglił i trzeba było przedrzeć się przez dżunglę (w innym wypadku musielibyśmy poczekać do rana). Szliśmy bardzo ostrożnie i pomału, by niczego przypadkiem nie nadepnąć. Obawialiśmy się nie tylko węży i waranów, ale również wielkich krabów, które mogą uszczypnąć wielkimi szczypcami (jednego takiego na ścieżce spotkała Niemka, która również się spędzała swój urlop na wyspie). Słuch wyostrzył mi się tak, że słyszałam nie tylko szelest każdego liścia na gałęzi, ale też bicie własnego serca. Adrian szedł z przodu, a ja tuż za nim. Wtem usłyszeliśmy rechot żaby. Zamarłam. Jest żaba, są i węże. Albo co gorsza jakiś waran się przypałętał. Powoli posuwaliśmy się do przodu patrząc na ścieżkę, by się nie potknąć o głazy i wystające korzenie. Rechot stawał się coraz głośniejszy. Poziom adrenaliny pomału osiągał najwyższy pułap. Rechot stał się tak głośny, że myślałam, że mi w uszach dzwoni (żaba jest przy samej ścieżce!). I nagle Adrian się zatrzymał…Pytam co się stało? On, że coś się poruszyło przed nim. Adrenalina osiągnęła maksimum. Jeszcze tak się w życiu nie bałam. Kiedy wreszcie skończy się ta cholerna ścieżka! Adrian zauważył obok ścieżki w trawie jakiś podłużny, poruszający się zygzakowato kształt. Kobra albo ogon warana! Po chwili pełzający kształt zniknął. Ruszyliśmy dalej…Wkrótce usłyszeliśmy skowyt psów właściciela. Jesteśmy na miejscu! Drzewa stały się rzadsze i szybko wyszliśmy z dżungli! Hurra! Udało się! Poczułam niesamowitą ulgę! Uff, już nigdy więcej bym się nie odważyła na taki spacer o 12.00 w nocy! Szaleńczy pomysł na wyspie, na której nie ma punktu medycznego ani nawigacji świetlnej nocą dla łodzi. Z przygody wyszliśmy bez szwanku, ale w nieznanych miejscach trzeba mieć się na baczności.

Nazajutrz rano na szczęście meduzy zniknęły i mogliśmy się już kąpać, oglądać rafę (uważając na ryby kamień i mureny) i opalać na plaży. Życie jest piękne! Raj i przygoda w jednym.

Z notesu podróżnika…

Ceny

– naleśnik z bananem (uwaga – bomba kaloryczna!) – 50THB/os. (Koh Lipe)

– Porn Resort (ta nazwa jest bardzo myląca, bo „porn” znaczy błogosławiony!) – 600THB/bungalow bambusowy z łazienką (Koh Lipe

Roślinność na wyspach jest bardzo bujna. Wieczorem dżungla wypełniona jest różnymi odgłosami gekonów i innych stworzeń.

– masaż stóp – 350THB/1h (Koh Lipe)

– pina colada 180THB, piwo Chang – 60THB (Boom Boom bar Koh Lipe)

– motorówka z Koh Lipe na Koh Mook (Opal Travel) – 1400THB/os.

– chatka bambusowa z łazienką w Charlie Beach Resort – 500THB / noc (Koh Mook)

– ryż na słodko z mango – 10THB (Koh Mook)

– masaż na plaży – 300THB (Koh Mook)

– motorek na wyspie – 50THB/os. (Koh Mook)

– jedzenie na Koh Mook: curry – 70THB/tempura z krewetek – 80THB/cola-20THB/shake, ice tea – 40-50THB

Łodzie “long tail” napędzane silnikami samochodowymi są najpopularniejszym środkiem transportu.

– rejs po wyspach na Koh Mook (w tym jaskinia Morakot) – 300THB/os. (4 osoby na łódce)

– ryba snapper w restauracji na klifie Hill Top na Koh Mook – 150THB/mała porcja (pyszna)

– przejazd szybką łodzią na Koh Kradan – 300THB/os.

– transfer na lotnisko w Trang z Koh Kradan – 600THB/os.

– chatka na Koh Kradan – 800THB

Wskazówki

– na wyspach nie ma bankomatu. Trzeba albo zabrać odpowiednią ilość gotówki, albo pobierać pieniądze z niektórych punktów w sklepach z dużą prowizją

– na Koh Lipe jest poczta, są liczne sklepiki, restauracje, biura podróży

“Jesienny” krajobraz…

– planując zwiedzanie wysp trzeba dobrze się zastanowić, które chcemy zwiedzić, ponieważ nie wszystkie połączenia wodne są wszędzie dostępne, np. płynąc z portu Pak Bara można dostać się na Koh Tarutao, ale z niej bezpośrednio na Koh Lipe już nie

– na Koh Lipe są wyśmienite naleśniki (podobne jedliśmy na Krabi, ale tu było jeszcze więcej wyszukanych smaków)

– po 18.00 w barach często są „happy hours”, gdzie do pierwszego drinka, drugi jest gratis

– na Koh Mook są tanie noclegi w Charlie Beach, Rubber Tree, Had Farang, Tin Tin Bar

– mając problemy zdrowotne warto zorientować się wcześniej czy na wyspie jest punkt medyczny (tam, gdzie go nie ma i brak jest

Żal było opuszczać to miesjce…

możliwego transportu nocą w razie wypadku, lepiej nie zabierać małych dzieci)

– jedzenie na takich małych wyspach jak Koh Kradan jest drogie i mało rozmaite, co jest oczywiście zrozumiałe ze względu na utrudniony transport składników

– nie zdziwcie się, jeśli na plaży natkniecie się na śmieci, w tym szkło…Niestety również tak piękne miejsca jak te, są narażone na odpadki, które morze wyrzuca na brzeg. Tajlandia prowadzi politykę uświadamiania ludziom jak niebezpieczne są śmieci dla morskich ekosystemów, ale niestety mało skutecznie

W przydrożnej restauracyjce na Koh Lipe. Tak sobie wymyśliłam, że sama ugotuję sobie moją ulubioną tajską zupę z kurczakiem na mleku kokosowym (tom kha gai)… Efekt był znakomity! Palce lizać

Sunset beach na Koh Lipe. Nie tylko ludzie lubia się wygrzewać na Słonku.
Piękno przyrody zachwyca… Są takie cudowne miejsca na Ziemi.
My na wakacjach, a dzieci idą do szkoły. Koh Mook

Nasza ulubiona plaża na Koh Kradan. Hamaczki, huśtawki z konarów drzew zawsze są dostępne. Na wyspach są duże przypływy i odpływy. Trzeba o tym wiedzieć spacerując po plaży lub pływając w morzu. Bywa tak płytko, że rafa koralowa zostaje odkryta, co uniemożliwia powrót z morza na plażę.

Ścieżka w dżungli. Jeszcze dziś mocniej bije mi serce jak opowiadam o nocnym spacerze w dżungli.

Łodzie “long tail” napędzane silnikami samochodowymi są najpopulraniejszym środkiem transportu.

Po wypłynięciu z jaskini naszym oczom ukazała się piękna laguna. Morakot Cave skrywa do dziś tajemnice.

Naleśnikowa, pyszna bomba kaloryczna! A co tam! Nadzienie to świeży banan i kokos, polane skondensowanym mlekiem.
Najpopularniejszy i najtańszy typ noclegu na wyspach. Miejsce do spania jest, łazienka z widokiem na gwiazdy jest, wc w łązience jest, wentylator jest, wyjście prosto na plażę jest…Czego chcieć więcej? Czasem nawet są dodatkowi lokatorzy jak gekony czy pijawki w toalecie, a i pies czasem popilnuje wejścia.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *