Birma. Mandalay – miasto klejnotów

Birma. Mandalay – miasto klejnotów

Tajemnicza, buddyjska, uduchowiona, zamknięta przed światem, nękana wojnami, najazdami, uciskana, terroryzowana przez rząd Birma czekała na nas. Odkąd otworzyła się na świat, zmiany następują nagle i szybko. Wszyscy powracający z niej turyści mówią: „trzeba jechać tam teraz. Za rok, za dwa lata, to już będzie zupełnie inny kraj”. Jeszcze nie jest tak mocno skażona turystyką jak kraje ościenne. Dziewicza i unikatowa. Globalizacja jednak szybko tam dociera. Chcieliśmy być przed nią. Bilety na ostatnią chwilę kupiliśmy przez biuro podróży (tu dostrzegamy minus złotówki – tracimy dużo pieniędzy na przewalutowaniu przez dolary lub euro, do tego dochodzą prowizje, choć niby ich nie ma). Mieliśmy dosłownie jeden dzień, by załatwić wizę do Birmy w ambasadzie po drugiej stronie miasta.

Azjatycki spryt

Wstaliśmy wcześnie rano, w pośpiechu, bo budzik nie zadzwonił (taki standard). Godzina ósma trzydzieści rano. Cel na dziś: zdjęcie do wizy do Birmy. Bez zdjęcia nie ma po co tam jechać. Nim przestawiliśmy się na azjatycki schemat myślenia, nasz europejski biurokratyczny porządek kazał nam szukać profesjonalnego fotografa w okolicy. Wszystkie punkty o tej godzinie były zamknięte. Nie zwlekając długo ruszyliśmy prosto w długą drogę do ambasady. Pomyśleliśmy, że jakoś damy sobie radę. To w końcu Bangkok. Tu ułatwienia są na każdym kroku. Ludzie są sprytni i radzą sobie w każdej sytuacji. Życie ich do tego zmusza. Kreatywność ponad miarę. Polski spryt miałby tu pole do popisu, gdyby nie europejskie, czyt. unijne, zakazy i nakazy. Jesteśmy już pod ambasadą (korki były niebotyczne, ale na szczęście jest BTS, czyli powietrzny pociąg). Skoro w ambasadzie wyrabia się wizy, do których potrzebne jest zdjęcie, to przecież logiczne jest, że zaraz obok ambasady powinien być fotograf, który robi zdjęcia na poczekaniu. Biznes to biznes. To jest myślenie azjatyckie. Faktycznie przed złożeniem wniosku poszliśmy do czegoś w rodzaju punktu fotograficznego. I tam na tle brudnej, kiedyś zapewne białej, ściany zwykłym, prostym aparatem cyfrowym wykonano nam zdjęcia. Potem obróbka w photoshopie i brudna ściana stała się śnieżnobiała, a pot i niedoskonałości zniknęły z twarzy. Wystarczyło już tylko złożyć wniosek. Wybraliśmy opcję ekspresową, czyli odbiór jeszcze tego samego dnia. Czas oczekiwania na odbiór wypełniliśmy sobie zwiedzaniem czołowej atrakcji Bangkoku, czyli kompleksu świątynnego ze słynnym szmaragdowym Buddą i pałacu królewskiego.

Mandalay – miasto klejnotów

O mały włos nie zobaczylibyśmy Birmy. Ledwie zdążyliśmy na samolot przebijając się przez korki. Już wzywali nasze nazwiska przez megafon i jako ostatni pasażerowie weszliśmy na pokład samolotu. Uff…nie pierwszy raz nam się to zdarza…Pierwsze, co mnie uderza po wyjściu z samolotu w nowym kraju to jego zapach. Jak pachnie Birma? Ziemią. Czuć taką ziemistość, glinę w powietrzu. Oczywiście to moje subiektywne wrażenia. Powietrze jest tu inne, jest sucho, wilgotność jest mniejsza niż w Bangkoku. W końcu Mandalay leży dosyć wysoko. Krajobraz jest nizinny, pomarańczowo-zielony. Ludzie są bardzo sympatyczni. Jadąc z kraju uśmiechu, to żadna nowość, ale birmańska serdeczność jest bardziej szczera i prawdziwa. To praktykujący buddyści, u których dane słowo jest święte. Nie ma tu oszustów, a uczciwość ludzka zdumiewa. Ponadto Birmańczycy mają takie mądre spojrzenia. To często bardzo biedni ludzie, żyjący w trudnym otoczeniu i w ucisku, a mimo braków w wykształceniu, dają znać o swojej inteligencji. Martwi mnie, że zachodni turyści ich „zepsują”, nauczą szwindli, oszustw i podstępów. Oby jednak tak się nie stało.

W hotelu w Mandalay (co prawda innym niż rezerwowany, bo okazało się, że nie ma tam miejsca), od razu poznaliśmy inną parę turystów. Taja i Szwajcarkę. Udaliśmy się razem z nimi na zwiedzanie miasta. Krajobraz miasta był bardzo folklorystyczny. Na drodze wszędzie było widać czerwone plamy, które okazały się plwocinami betelu, a nie zażartych walk. Głównie mężczyźni żują tu namiętnie orzechy areca zawinięte w liście betelu, które działają pobudzająco i są tu tradycyjną używką jak papierosy we Włoszech. Niestety jak każda używka, żucie betelu ma efekty uboczne. Barwi ślinę i zęby na czerwono (nie mówiąc już o chorobach jamy ustnej), stąd zanim poprosisz dziewczynę lub chłopaka o hollywoodzki uśmiech do zdjęcia, zastanów się jakiego efektu oczekujesz. Ulice Mandalay są bardzo ruchliwe, brak tu pasów, przejść dla pieszych. Ludzie nonstop coś wożą (na skuterach, rowerach, rowerorikszach). Ciekawym widokiem były kobiety noszące załadowane po brzeg ogromne kosze na głowie. Na ulicy toczyło się życie. Dzieci się bawiły, pomagały rodzicom w sprzedaży na straganikach. Dziś Mandalay jest bardziej chińskie niż birmańskie. Imigranci z Chin, gł. z prowincji Yunnan, zasiedlili centrum, kupili dużo ziemi i wybudowali hotele. Cierpią na tym Birmańczycy, którzy zostają zmuszeni opuszczać centrum miasta i szukać nowego miejsca na przedmieściach. Miasto często było trawione przez pożary, a podczas II wojny św. zostało znacznie zniszczone przez Japończyków. Z ziemią zrównany został też wspaniały pałac, którego wierną kopię można dziś zwiedzać. Ta ostatnia królewska stolica została zajęta przez Brytyjczyków w czasach kolonialnych, co dziś widać choćby po nazwach ulic, których de facto… nie ma – są tylko numery, a ich rozkład jest bardzo regularny, drogi przecinają się głównie pod kątem prostym. Działa tu, bodajże największa w kraju, jadeitowa giełda. Warto tam pójść i zobaczyć kupców (czyt. Chińczyków) negocjujących ceny kamieni. Ciekawym widokiem jest także sam proces obróbki kamieni, od łupania sporych głazów, po szlifowanie małych kamyczków. Oczywiście wśród pamiątek króluje tu i w okolicach jadeitowa biżuteria.

Spowity mgłą najdłuższy na świecie tekowy most

Zgadaliśmy się z parą z naszego hotelu na wspólną wycieczkę po atrakcjach Mandalay taksówką. To popularna forma zwiedzania okolicy. Kierowcy nie trzeba szukać – jak to w Azji bywa. To on znajduje nas. Uzgodniliśmy cenę i umówiliśmy się na godzinę następnego dnia rano. Bez zaliczki, podania danych. Tu uczciwość jest w cenie. Zapłata dopiero pod koniec zwiedzania. Niesamowite. Tu można odzyskać wiarę w ludzi i ludzkość. Być może izolacja ma jednak jakiś sens. Na pewno chroni wartości i tradycje kraju. Buddyzm jeszcze bardziej zyskał moją sympatię. Nasz kierowca okazał się bardzo spokojny, opanowany i jakby uduchowiony. Pierwszym przystankiem był tekowy most U Bein Bridge, który liczy sobie ponad kilometr długości. Od 2013 r. strzeżony jest przez policję, by nikt nie niepokoił turystów. Okolica jest bardzo malownicza, a sam most stanowi dla Birmańczyków miejsce handlowe. Nastoletnie przewodniczki obskoczyły nas nim jeszcze zdążyliśmy wkroczyć na most. W ręce trzymały jadeitowe naszyjniki, które po przeprowadzeniu nas przez most chciały nam sprzedać. Ceny podlegają negocjacji jak wszędzie. I chyba nie odkryję tu Ameryki, jeśli powiem, że cena zależy od pory dnia. Najwięcej zaoszczędzić można robiąc zakupy wieczorem. Oczywiście te poranne też nie są powalające. Jeśli porównamy ceny „minipamiątek” na lotniskach lub w Europie. Tu przynajmniej wiemy, do kogo pieniądze trafiają i jakie mają duże znaczenie dla tych ludzi. Sympatyczna dziewczyna oprowadziła nas po moście i na koniec kupiłam od niej jadeitowy wisior. Przepłacony, ale nie żałuję. Żałuję tylko, że nie przeznaczyłam sobie więcej pieniędzy na więcej takich wisiorków, które sprzedawały dzieci w innych miejscach. Pewnym jest, że w Birmie można kupić naprawdę piękne, ręcznie robione pamiątki, których nie ma nigdzie indziej. Rzemiosło dziś jest w cenie, nawet u nas.

 

Wybierając się do krajów, gdzie wartość towaru uzgadniana jest w drodze negocjacji, trzeba się liczyć z tym, że trzeba zapłacić tzw. „frycowe”. Nie raz, nie dwa zostaniemy naciągnięci, w naszych oczach „oszukani”. Kiedyś wielce się burzyłam i denerwowałam, że dałam się naciąć. Teraz inaczej do tego podchodzę. W krajach takich jak Birma, przynajmniej wiem, że pieniądze komuś pomogą. Dzieci wyjadą do szkoły, na studia, bo o tym się tam marzy i do tego dąży. Matka kupi więcej jedzenia dla rodziny, buty, ubranie. Nie pójdzie to na marne, na używki, na „byle co”. Zastanawialiście się ile u nas przepłacamy pośrednikom dyskontowym? Na niby promocjach, zawyżonych cenach, wysokiej marży przy niskich płacach… Gdzie to wszystko trafia? Do portfela „niewiadomokogo”, kto kupi „byle co”. Kolejny gadżet, który za tydzień pójdzie w kąt lub do śmietnika. A może kupi wystawny obiad, choć z lodówki wyrzucił właśnie mięso, które się zepsuło. Dlatego dla własnego sumienia, frycowe trzeba uwzględnić w budżecie podróży.

Wokół Amarapury

Zaraz obok mostu tekowego jest słynny kompleks świątynny Mahagandayon, w którym naukę pobiera 1000 mnichów. Rano mnisi ustawiają się w kolejce po śniadanie od najstarszego do najmłodszego. Dziś zbierają się tam tłumy turystów, co budzi kontrowersje, ponieważ każdy chce zobaczyć mnichów podczas ich codziennych czynności. Wszyscy dookoła robią zdjęcia i zakłócają panujący tu porządek. Niemniej jednak widać, że mnisi są do tego przyzwyczajeni. Pochłonięci naukami Buddy, zdają się w ogóle nie zauważać non stop pstrykających zdjęcia turystów. Wjeżdżając do Birmy na pierwszy rzut oka widać jak silny jest tu buddyzm. Kto ma niedostatek widoku mnichów na ulicach, dla tego Myanmar to wymarzone miejsce. Mnisi i mniszki są dosłownie wszędzie. Głównie chodzą grupami po ulicach. W Baganie, o którym za chwilę, natknęliśmy się na piękną recytację sutr i śpiew mantr.

Nieopodal leży starożytne miasto Ava (dziś Inwa – czyt. Inła), którego ruiny można dziś obejrzeć wybierając się na przejażdżkę bryczką. Wśród palm kokosowych, bujnej roślinności wyłaniają się ruiny klasztoru. Po drodze minąć można młodych mnichów, kobiety łuskające fasolę, zbudowane z palm kioski, prymitywne domostwa. Jest tam kilka restauracji, gdzie kelnerzy witają gości z mokrymi ręcznikami, by mogli przetrzeć ręce i twarz z potu i kurzu. Przypomina mi to dawną kolonię brytyjską.

Na zakończenie dnia pojechaliśmy jeszcze raz na most tekowy, by oglądać piękny zachód Słońca. Tym razem było tam spokojniej. Zachodzące Słońce można podziwiać z mostu lub z łódki. W drodze do hotelu nie omieszkałam zatrzymać się pod świątynią Mahamuni, by kupić kawałek drzewa thanaka. Kierowca pomógł mi wybrać najlepsze kawałki (z grubą korą, bo to ona po wymieszaniu z wodą tworzy żółtą pastę gotową do nałożenia na twarz). Dzień był intensywny, ale to nie koniec naszej przygody w Mandalay, ponieważ do Mandalay mieliśmy wrócić jeszcze przed powrotem do Bangkoku.

 

Z notesu podróżnika…

Ceny (2013/1 zł = 289 kiatów)

– taxi na lotnisku w Mandalay do centrum – 3 000k

– wegetariański posiłek (ryż ciągle dokładany) – 1500k

– hotel Queen – standard room – $35/supreme $50

– całodniowa wycieczka taksówką (4 osoby) – $35

– jadeitowy naszyjnik na U Bein Bridge – rano $4, po południu $2

– przeprawa przez rzekę do Avy – 200k /os.

– Ava Maria restaurant (2x lime juice, watercrest&mushroom, rice) – 4000k

– przejażdżka bryczką – 5000k./2 os.

– wstęp do zabytków w Mandalay (combo ticket) – $10/os.

– coconut juice – 700k

– ciastko z kokosem – 200k

– dosa k. świątyni hinduskiej (1 placek + 4 sosy) – 200k

– thanaka przy Mahamuni Temple – 1000k

– puszka coca-coli – 500k

– rowerowa riksza z Jade Market do Mandalay Hill – 5000k ($5)

– opłata za zostawienie butów przy Mandalay Hill – 200k

– vermicelli veg. i Myanmar beer – 2500k

– riksza na ZeiCho Market (2 str.) – $5

Wskazówki

– nocne autobusy są bardzo wygodne (o ile taka podróż w ogóle może być wygodna), duże, siedzenia się rozkładają, każdy otrzymuje kocyk do przykrycia, mokrą chusteczkę i wodę (takich luksusów się nie spodziewałam)

– jeśli ktoś chce większe wygody, lepiej niech się zdecyduje na przeloty samolotem

– można płacić dolarami (dobrze jest zabrać drobne), lepiej pieniądze wymieniać na lotnisku

– nie wiem jak to się zmieniło, ale w czasie kiedy byłam, był tylko jeden jedyny bankomat w Mandalay, chroniony 24h przez strażników

– miasto jest większe niż się może wydawać. Zwiedzanie pieszo odpada. Poza hotelami, ciężko złapać taksówkę

– na Wzgórze Mandalay można od drugiej strony podjechać taksówką (dla tych, którzy nie mogą tyle chodzić

Drzewo do budowy mostu zostało wykorzystane z rozbiórki pałacu dawnego królestwa. Most jest ważnym pomostem łączącym przeciwległe brzegi rzeki.

Handel na moście kwitnie. Ludzie wymyślają różny sposób zarobienia pieniędzy. Tu uciekli się do skrajności. Trzeba zapłacić, by uwolnić małą sowę. Ma to przynieść szczęście kupującemu wolność



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *