Indyjskie wesele – część 2

Indyjskie wesele – część 2

Chciałoby się rzec, że ten dzień jest zarezerwowany dla kobiet i Panny Młodej. A jednak tego dnia faktycznie bawili się mężczyźni.

Mężczyźni mieli tańczyć, balować, hulać, podczas gdy kobiety miały zostać poddane ciekawemu rytuałowi. Czegoś takiego w naszej polskiej kulturze na pewno nie znajdziemy. Dzięki temu obyczajowi indyjska Panna Młoda przez wiele dni obwieszcza całemu światu, że właśnie wyszła za mąż.

Mehendi (czyt. mendi), czyli miłosna historia pisana henną na ciele…

Malunki henną znamy już  w Polsce. Stały się one alternatywą dla permanentnych tatuaży i pozwoliły na szczyptę szaleństwa tym, którzy lubią dekorować swoje ciało, niekoniecznie na stałe. Indusi lubili od wieków ozdabiać swoją skórę. A to henną, kolorową kropką na czole pomiędzy brwiami, biżuterią we włosach, na uszach, na nosie… Moda ta dotyczy głównie kobiet, a co najważniejsze, niesie z sobą wymiar religijny. Te ozdoby pełnią nie tylko funkcję dekoracyjną, ale przede wszystkim manifestują przynależność wyznaniową oraz są wyrazem  utrzymywania tradycji. Drugi dzień ceremonii ślubnej jest przeznaczony głównie dla Panny Młodej, która jest w tym czasie błogosławiona i nie może opuścić swego domu (w naszym przypadku hotelu), co ma ją uchronić przed siłami zła, które według wierzeń czyhają na nią w tym dniu. Malunki henną to sztuka i zatrudniani są do ich wykonywania specjalni mistrzowie. Goście, głównie kobiety, również mogą poddać się temu rytuałowi i pomalować henną dłonie, a nawet całe przedramiona. Malunki Panny Młodej stanowią kunsztowną, koronkową robotę, która przedstawia ją i jej wybranka, a nawet ukryte słowa, inicjały i zawiera przesłania szczęścia w przyszłym życiu małżeńskim.

Indyjska dziewczyna żyje dwa razy

My, kobiety, doskonale wiemy jak dużo kosztuje nas bycie piękną i dążenie do doskonałości. Motto brzmi: chcesz być piękna, musisz pocierpieć. Depilacja, zabiegi kosmetyczne, ćwiczenia, masaże często sprawiają po prostu ból. Otóż malowanie henną rąk i stóp nie boli, jednak trwa 4 – 5 godzin (samo malowanie!), a drugie tyle trwa schnięcie barwnika. Podczas malowania nie wolno się poruszyć, a w czasie schnięcia trzeba uważać, by rysunku nie rozmazać. Oznacza to, że Panna Młoda spędza cały dzień w łóżku (bez możliwości drzemki), nie śpi całą noc, ma pomalowane wewnętrzne strony dłoni, czyli wizyta w toalecie lub zjedzenie posiłku nie odbywa się bez pomocy koleżanek. Po tym wszystkim jest bardzo zmęczona i nazajutrz niewyspana, co sprawia, że jeszcze silniej przeżywa najważniejszy dzień w swoim życiu – zaślubiny w świątyni. Malowidła jeszcze przez długi czas będą jej przypominać, że już jest mężatką i należy do rodziny męża. Zgodnie z tradycją, dziewczyna wychodząc za mąż, pali za sobą wszelkie mosty, żegna dawny świat, zamyka drzwi i rozpoczyna nowe życie u boku męża i nowej rodziny. Musi “umrzeć”, by odrodzić się na nowo jak feniks z popiołów. W Indiach traktowane jest to bardzo dosłownie, co ma szczególny wyraz w życiu codziennym: wyprowadzka z rodzinnego domu (nie ma mowy o wspólnym mieszkaniu Młodych przed ślubem), oddanie (zazwyczaj ubogim) wszystkich swoich ubrań (począwszy od bielizny na butach skończywszy), biżuterii, pamiątek, zabawek, upominków, prezentów, listów – wszystkiego, co związane jest z dawnym (obecnym) życiem. Po ślubie wprowadza się do domu swoich teściów zgodnie z obowiązującym zwyczajem (rzadkością jest, by Młodzi mieszkali osobno lub by mąż wprowadził się do rodziny żony, choć taka właśnie inwersja obowiązuje z kolei w Tajlandii). Parę tygodni przed ślubem, dziewczyna spędza więc czas na zakupach. Musi wyposażyć swoją nową szafę we wszystkie nowe rzeczy, które będą jej potrzebne w nowym życiu. Kupuje więc sari, biżuterię, staniki, majtki, buty, kosmetyki, przybory codziennego użytku, które zapełni nowymi wspomnieniami, a które nie będą jej przypominać rodzinnego domu i wzbudzać jeszcze większej tęsknoty. Czy to pomoże jej uporać się z rozłąką z rodziną? Mam nadzieję, że nie zapomni całkowicie swojego dawnego życia, w tym naszych wspólnych wspomnień z czasów studenckich i że będzie mogła często wracać do swojego rodzinnego domu, a jej „nowa” rodzina zapewni jej oparcie.

Indyjska dziewczyna żyje dwa razy. W dniu ślubu jedno jej życie się kończy, a drugie zaczyna. Wspomnień jednak nie da się wymazać. Musi więc być twarda i nauczyć się żyć chwilą.

Wieczór kawalerski

Podczas, gdy na ciele naszej Panny Młodej powstawała zapowiedź nowej historii jej przyszłego życia (lepszego? gorszego?… Tego nie wie nikt. O to najbardziej drży jej matka, która musi powierzyć jej los nowej rodzinie), pojechaliśmy do innego hotelu na przyjęcie dla gości, gdzie mogłyśmy pomalować dłonie henną. W hotelu, na dużej udekorowanej sali, na podłodze siedziało kilka malarek, które tworzyły rozmaite wzory (przypominające robótkę szydełkową) na dłoniach zaproszonych gości. Im dłużej potrzymamy hennę na dłoniach, tym ciemniejszy kolor będzie miał nasz wzór. Generalnie malunki wykonuje się w dwóch kolorach: czarnym i czerwonym. Czerwona henna, dłużej trzymana na skórze, zyskuje ciemnobrązowy kolor. I taki też kolor mnie samej udało się uzyskać, co wymagało oczywiście sporo cierpliwości. Aczkolwiek warto było czekać, bo wnętrza moich dłoni stały się w ciągu 2-3 godzin dziełem sztuki.

Hennę nakłada się jak krem na ciasto używając do tego zwiniętą w rożek folię. Gdy masa stwardnieje, barwnik utrwala się sokiem z cytryny. Powstały wzór wygląda jak koronkowe skarpetki i rękawiczki. Kolor powstaje w wyniku reakcji chemicznej ze skórą, towarzyszy temu specyficzny ziołowy zapach, podobnie jak przy posmarowaniu się samoopalaczem. Taki tatuaż utrzymuje się 2-3 tygodnie.

Wieczorem bawić się mieli goście i Pan Młody. Pannie Młodej nie wolno było opuszczać pokoju, poza tym była przygotowywana na jutrzejszą ceremonię zaślubin. Zabawa była  przednia, a tańczyć się da nawet w sari, co sama przetestowałam. Tańcząc (boso) w rytm punjabi wpadamy po pewnym czasie w trans, gdzie ruchy i figury taneczne przychodzą same z siebie. To jest zupełnie inny wymiar imprezy. W tym miejscu muszę przyznać, że tańce najbardziej spodobały się Adrianowi, który nie chciał zejść, tu chciałoby się powiedzieć „z parkietu”, ale właściwszym będzie stwierdzenie „z dywanu”, gdyż w Indiach tańczy się właśnie na dywanach…

Podsumowując dzisiejszy dzień, napiszę, że było artystycznie, hucznie i wesoło… Jutro natomiast miał być najważniejszy i najbardziej uroczysty dzień wesela. Czy będzie tak samo radosny, duchowy i elegancki jak zachodni ślub kościelny? Jak na razie tylko matka Panny Młodej śmiała się przez łzy.

 

Zobacz również:



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *