Lekcja medytacji w Świątyni Mahathat

Lekcja medytacji w Świątyni Mahathat

Słowo „medytacja” zazwyczaj kojarzy się z „dumaniem”. Dla racjonalistów będzie to coś nadzwyczaj nudnego, czemu nie warto poświęcać swojej uwagi, a z kolei dla entuzjastów „new age” medytacja będzie swoistym „wow”, sposobem na stres i metodą rozwiązywania problemów. Wiele razy interesowałam się medytacją. Czytałam trochę w Internecie, trochę w magazynach naukowych i ezoterycznych. Miałam się nawet wybrać na krótki kurs, ale zawsze szkoda było mi pieniędzy. Planując podróż do Bangkoku, powiedziałam sobie, że „o nie! Jadę do kraju buddyjskiego, więc choć jedna lekcja medytacji musi być!”. W okolicach Bangkoku jest wiele ośrodków odosobnienia, które oferują różne „pakiety” medytacyjne. Wiem, że słowo „pakiet” może brzmieć bardzo komercyjnie, ale prawda jest taka, że tam faktycznie kłądzie się nacisk na stronę duchową zajęć, a nie cielesną. Dlatego też każdy z uczniów pozbawiany jest wszelkich cywilizacyjnych wygód (deska zamiast łóżka, brak poduszki, zimna woda w kranie, rygorystyczne pory posiłków itp.), żyje tak jak mnisi i tak jak mnisi przez dwa tygodnie nie może odezwać się ani słowem. Wow! Brzmi ciekawie. Od razu się tym zachłysnęłam. Niemniej jednak tydzień czy dwa to za dużo na nasz miesiąc podróży. Nie mieliśmy aż tyle czasu . Poza tym nie są to tanie pobyty, pomimo surowych warunków.

Smaczki Bangkoku
Po siedmiu latach nasze głowy wypełniały różne myśli. Z jednej strony byliśmy zachwyceni, że udało nam się uzbierać pieniądze i wrócić do Tajlandii, choć na chwilę, a z drugiej strony byliśmy pełni obaw i nasze myśli zaprzątało pytanie czy przypadkiem w przeciągu tylu lat zmian nasz Land of Smiles nas nie rozczaruje. Na końcu będę mogła podsumować co przeważy na naszej szali wrażeń – rozczarowanie czy zachwyt.

Nim dotarliśmy na lekcję medytacji w Wat Mahathat, odwiedziliśmy poprzedniego dnia dawnych znajomych. Zajrzeliśmy na uczelnię, sprawdziliśmy czy nasze ulubione restauracje nadal funkcjonują, a przede wszystkim złożyliśmy wizytę naszym tajskim ciociom, które bardzo ucieszył nasz widok. Kompletnie bez zapowiedzi, nagle złożyliśmy im wizytę. Kamala (jedna z cioć) powiedziała, że miała sen o nas w noc przed naszym przybyciem. Sny mają moc, o czym doskonale wiem. Nazajutrz, w dniu medytacji, skorzystaliśmy z zaproszenia Kamali na lekcję Tai Chi w pobliskim parku, w której uczestniczyła także złota medalistka z Japonii. Po intensywnych ćwiczenia, choć wyglądających dość niepozornie, zregenerowaliśmy swoje ciała na wspaniałym 2-godzinnym tajskim masażu. Nasze obserwacje wykazały, że wiele rzeczy jednak się zmieniło od czasu naszego ostatniego pobytu (jak choćby likwidacja jednego z lepszych targów – Lumpini, budowa nowych centrów handlowych, nowe połączenia powietrznego pociągu – sky train, jeszcze większe korki, więcej turystów, więcej nowych restauracji, znacznie mniej studentów na campusie Hua Mak), ale nadal na chodnikach uciekały spod naszych stóp wielkie karaluchy, nasze nozdrza drażniły zapachy ulicznego jedzenia, ludzie odpowiadali uśmiechem, jeżdziły nasze ulubione ciężarówki song tao, restauracja Oskar nadal serwowała nasze ulubione potrawy, koło hotelu Interplace można było zjeść najlepszą „noodle soup” w Bangkoku, taksówki były tanie, jedzenie było pyszne jak zawsze i było jeszcze więcej naszych ulubionych sklepów sieciowych 7Eleven… I tak dalej…

Medytacja to NIE wizualizacja

Wat Mahathat jest tuż obok Wielkiego Pałacu. Odgrywa rolę ważnego ośrodka medytacyjnego. W buddyjskie święta sprzedaje się tu ziołowe lekarstwa. Nim przekroczyliśmy mury świątyni, napełniliśmy nasze brzuchy kupionymi na straganie pierożkami „sakuu” (z mąki z tapioki, wypełnione słono-słodkim farszem z orzeszkami), obok których nie mogę nigdy przejść obojętnie.

Klucząc i błądząc po zagmatwanych uliczkach zespołu świątynnego, trafiliśmy w końcu na naszą sekcję po angielsku (czyt. dla turystów). Każdy z nas otrzymał małą książeczkę z wprowadzeniem i instrukcjami medytacji Vipassana z angielskim tłumaczeniem. Polecono nam ją przeczytać przed lekcją. W środku budynku trwała w tym czasie medytacja po tajsku, a może nawet jakiś obrzęd. Pozwolono nam na niej zostać oczekując na nauczyciela. Monotonny głos mnicha prawie nas znużył po całym dniu wrażeń i długiej drodze przebytej na lekcję. Moją głowę wypełniały monotonnie wypowiadane przez mnicha buddyjskie mantry. Czułam się jak w transie. W końcu przybył nasz nauczyciel. Młody, zdyszany mnich, który myślał, że lekcja została odwołana (nikt mu nie powiedział, że przyszli uczniowie). Przeprosił nas płynną angielszczyzną i zaprosił do sali. Jak się okazało do naszej dwójki dołączył jeszcze Węgier w średnim wieku. Mnich miał bardzo dobry humor i okazał się żartownisiem – bardzo sympatycznym. Niemniej jednak rozpoczął naszą lekcję. Na wstępie muszę powiedzieć: medytacja jest bardzo TRUDNA. Wcale nie polega nie relaksie, rozluźnieniu ciała, wizualizacji i innych tego typu metodach (których nie potępiam). Tu chodzi o stan pełnej świadomości. Rzecz zupełnie odwrotna do hipnozy. Podczas medytacji stajemy się bardziej świadomi swojego ciała, otoczenia wokół nas, zaczynamy dostrzegać prawa przyrody i prawdę. Jesteśmy tu i teraz. To stan najwyższej czujności, stan alfa. To jak wzięcie odpowiedniej pigułki i wyrwanie się z matrixa, w którym żyjemy. Medytacja buddyjska to głównie skupienie i wymazanie myśli kotłujących się w naszych głowach. Takie nieodpływanie myślami jest niesłychanie trudne. Myśleć o niczym to sztuka! Po dłuższej praktyce stan medytacji pewnie można łatwiej osiągnąć, ale początki są bardzo trudne. Medytować można praktycznie w każdej pozycji. Stojąc, chodząc, siedząc lub leżąc. Nasza lekcja obejmowała praktykę siedząc i chodząc. Jak się okazuje są to 2 zgoła najłatwiejsze pozycje. Stojąc zaczynają nas bardzo piec stopy (choć wydaje się to proste) i z zamkniętymi oczami możemy się wywrócić, a leżąc możemy łatwo zasnąć. Z początku każda pozycja jest bardzo trudna. Zaczęliśmy od siadu skrzyżnego (Węgier poprosił o krzesło ze względów zdrowotnych). W tej pozycji skupialiśmy się na oddychaniu. Wdech-wydech (oczy zamknięte). I tylko na tym! Myśli nie mogą krążyć! Po chwili każdy z nas poczuł dyskomfort. W sali była klimatyzacja i latała mucha. Trudno było tego nie zauważyć. W końcu pojawił się ból, swędzenie, łaskotanie włosów na szyi, drętwienie. Nie można zmienić pozycji, podrapać się, poprawić włosów. Co z tym zrobić? Zacznijmy od tego, że wszystko, co nas otacza jest jedynie iluzją. Żeby to zauważyć, musimy zwolnić, zmienić sposób kierowania naszej uwagi. Uwagę należy przenieść na te miejsca z dyskomfortem. Skupiamy się tak długo na bólu ręki, aż on minie. Swędzi nas ucho? Skupiamy się na swędzeniu. Musimy sobie to uświadomić i powtarzać w myślach „boli-boli”, “swędzi-swędzi”. To samo, jeśli w głowie pojawią się obrazy, pojawi się znudzenie. Musimy wyodrębnić czyste emocje od postrzegania ich w kontekście „ja”. Gdy przeszkoda zostanie pokonana, np. ból, swędzenie minie, wracamy do skupienia uwagi na oddechu. Wszyscy żyjemy w matrixie.

Medytacja w pozycji chodzącej. Najpierw pomyśl, potem wykonaj ruch.

Z pozoru może wyglądać to dosyć zabawnie, ponieważ medytujący porusza się ruchem robota. Ogólna zasada jest taka, że skupić się trzeba na każdym pojedynczym ruchu ciała. Najpierw myślimy, że coś zrobimy, a dopiero potem świadomie wykonujemy ruch. Zaczynamy od stania. Skupiamy uwagę na staniu, „stanie-stanie” (powtarzamy w myślach 3 razy). Gdy chcemy iść, myślimy „prawa” (stopa), skupiamy się na prawej stopie, następnie myślimy „ruch” i stawiamy prawą stopę do przodu (w tym samym czasie lewa stopa nie może oderwać się od ziemi). Koncentrujemy się na każdym ruchu. To samo dotyczy lewej stopy. Jak chcemy się obrócić, należy się zatrzymać. Znowu skoncentrować na czynności „stanie-stanie” i następnie wykonać obrót o 30 stopni jedną stopą mówiąc w myślach „obrót-obrót”. Nie można podnieść stopy zanim powiemy „obrót” (na „o-„ podnosimy nogę, a na „-brót” stawiamy na podłodze). Dotyczy to również ruchu do przodu. Nasz Węgier nie mógł sobie poradzić z obrotem. Ja po czasie dałam radę. Niemniej jednak podczas takiego ruchu, również pojawiają się przeszkody. Coś zaswędzi, mucha zabzyczy, o czymś pomyślimy… Co wtedy? Trzeba się zatrzymać i skupić na oddychaniu „wdech-wydech”, po czym kontynuować („stanie-stanie”, itd.)

Uff… Jakie to skomplikowane. Tak bardzo proste w swej istocie, a przez to skomplikowane. Praktyka czyni mistrza.

Godzinna lekcja dobiegła końca i czekała nas długa droga do domu. Wieczorem trudniej jest złapać taksówkę na daleką trasę, ale w końcu się udało.

Na miejscu wstąpiliśmy jeszcze na pad thai, piwo singha i ryżowe nudle. To był intensywny dzień. Zasnęliśmy bardzo szybko. Z kolei następnego dnia czekała nas prawdziwa uczta. Uczta zmysłu smaku, węchu i wzroku. Szkoła gotowania Silom.

Z notesu podróżnika…

Ceny:

– taxi z lotniska Suvarnabhumi na Huamak – 230 bht

– obiad w Oscarze (green curry, chicken in pandanus leaves, pepsi x2) – 150 bht

– mleko sojowe – 10 bht

– noodle soup k. Interplace – 40 bht

– masaż stóp – 200 bht

– 0,5 kg mangostanów – 40 bht

– porcja duriana – 50 bht

– taxi z Huamak na Khao San Rd. – 130 bht

– pokój classic z oknem w hotelu Interplace – 900 bht (kaucja zwrotna 500 bht)

– tom yam goong – 60 bht

– taxi z Huamak do BTS (skytrain) stacja Ekkamai – 80 bht

– BTS Ekkamai – National Stadium station (MBK shopping centre) – 35 bht

– MBK food corner (Chinese noodles, sticky rice mango) – 100-120 bht

– zdjęcie w tajskim stroju (8 ujęć) w MBK – 3500 bht

– droga powrotna: BTS National Stadium – Phra Khanong (40 bht) – autobus nr 71– przystanek k. Big C (7 bht) – busik Song Tao (7 bht)

– suriyaki seefood 59 bht

– buty na straganach k. Big C – 120/150 bht

– taxi z Huamak do Silom – 200 bht (+ autostrada 45 bht)

– Silom Thai cooking class (pół dnia/ po południu) – 1000 bht/os. (w tym gotuje się pięć potraw: tom yum goong, pad thai, chicken salad, green curry chicken, banan w mleku kokosowym)

Wskazówki

– ze względu na korki, najlepiej jest poruszać się BTS, MRT (metro), o ile to możliwe. Czasem nawet lepiej jest się cofnąć do dalszej stacji, byle tylko ominąć korki,

– w godzinach szczytu, na dalsze trasy, taksówkarze nie chcą włączać taksometrów i życzą sobie ok. 200 bht (tyle samo, co tuk-tuk). Jeśli nie mamy wyboru, lepiej wybrać taxi niż tuk-tuka. Komfort jazdy o niebo lepszy i nie wdychamy spalin

– medytacje w Wat Mahathat odbywają się po angielsku rano, po południu i wieczorem w określone dni tygodnia

– jeśli chcemy być w miarę blisko największych atrakcji i zabytków BKK, wybierzmy hotel/guesthouse na Khao San Rd. lub w w jej okolicy. Co prawda nie jest to moje ulubione miejsce, bo na tej ulicy rdzenny Taj to rzadkość, mijamy same białe twarze. Głównie zatrzymują się tam backpackersi, jest tam mnóstwo straganów, małych biur podróży, barów, łącznie z klubami „ping pong show”

– ceny masaży wahają się od 200 – 1000 bht. Wszystko zależy od miejsca (przy ulicy, spa itd.). Wybierzmy dobry ośrodek (certyfikowany szkołą Wat Po, gdzie masażyści kończą jedną z dwóch – druga to Chiang Mai – najlepszych szkół masażu)

– pad thai to tak naprawdę tajska wersja spaghetti, nie jest to oryginalne, tradycyjne danie Tajlandii. Jednak turyści tak bardzo je lubią, że jest serwowane wszędzie i faktycznie to niebo w gębie

– sticky rice nie da się zrobić ze zwykłego ryżu (trzeba kupić specjalny Thai sweet rice/glutinous rice)!

– koniecznie spróbuj owoców: duriana i mangostanu, ponieważ u nas są niedostępne. Pierwszy ze względu na hiperintensywny zapach (często w hotelach i na lotniskach widnieje znak o zakazie jego wnoszenia), drugi ze względu na brak możliwości transportowania (jest bardzo delikatny)

Przed świątyniami, na straganach, często sprzedaje się tego typu medaliki z Buddami. Mniejsze bądź większe. Tajowie lubią je zawieszać na szyi lub na środkowym lusterku w samochodzie
Typowa, jedna z mniej ruchliwych ulic Bangkoku. Zakład krawiecki na dworze. Czemu nie? Czynsz pewnie minimalny…
Tajska “Żabka”, czyli 7Eleven. Można tam kupić dosłownie wszystko. Począwszy od kosmetyków, pudrów, pilniczków, maści, przez hot dogi, ciepłe bułeczki na parze, skończywszy na kartach telefonicznych, pocztówkach i kawie z automatu. Mój ulubiony. Gdzie jest 7Eleven, tam jest cywilizacja!
Tajski cmentarz. Zmarli są paleni, a urny umieszcza się w świątyni w wyznaczonych do tego miejscach, takich jak to.
Czytając duchowy przewodnik o medytacji…
Rewelacyjny środek transportu. Niczym metro, tylko nad ziemią. Już praktycznie cały Bangkok pokryty jest liniami BTS, a ceny nieruchomości przy stacjach biją rekordy. W godzinach szczytu bywa bardzo tłoczno. Uwaga też na klimatyzację, niekiedy bardzo mrozi.
Niby tak wolno, płynnie i lekko… A jednak czuć każdy mięsień i trzeba czasu by opanować koordynację. Piękna sceneria do ćwiczeń: zielony park pod gołym niebem, ciepło…
Wyśmienite pierożki z tapioki, nadziewane orzeszkami słono-słodkimi. Je się na ciepło. Można je dostać na ulicy.
Jeden z ulicznych sprzedawców “domowych” smakołyków. Takie rzeczy można spotkać chyba tylko w Azji. O każdej porze dnia i nocy zjemy coś smacznego
Najbardziej znana ulica w Bangkoku wśród turystów. Jest tam wszystko: pensjonaty, bary, sklepy, biura podróży, kluby nocne. Wszystko, co na pewno uszczupli nam portfel.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *